Forum POLSKIE FORUM FANÓW VITASA Strona Główna
Forum POLSKIE FORUM FANÓW VITASA Strona Główna Zaloguj Rejestracja FAQ Szukaj

Forum POLSKIE FORUM FANÓW VITASA Strona Główna » Opowiadania » "Staruszka" (LaVieMystique)
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
"Staruszka" (LaVieMystique)
PostWysłany: Pią Maj 30, 2008 23:31 Odpowiedz z cytatem
Bagi
Dyrektorka opery ;)
Dyrektorka opery ;)
Dołączył: 23 Lut 2008
Posty: 4030
Skąd: Bytom




przeniesione posty - LaVieMystique
-------------------------------------------------------------------------------------


Jak co wieczór usiadła w bujanym fotelu przed rozpalonym kominkiem. Drwa wesoło trzaskały, a ogień igrał w takt cichej muzyki. Tym razem był to Beethoven, zaczęła od swojego ulubionego utworu... Tak, Sonata Księżycowa, piękno w czystej postaci. Wokół niej zebrała się grupka dzieci. Jej wnuki. Czekały na „baśń”, którą zwykła im opowiadać, gdy tylko ją odwiedziły. Dziś nie mogła więc spokojnie słuchać muzyki i wpatrywać się w ogień, musiała opowiedzieć im ich ulubioną historię. Rozpoczęła słowami, które za każdym razem wywoływały na jej ustach uśmiech.

„Dawno temu, gdy byłam mniej więcej w waszym wieku, uwielbiałam siadać na kolanach ojca i słuchać z nim muzyki. Wtulałam się wtedy w jego ramiona, wdychałam woń zawsze tej samej wody toaletowej, pomieszanej z zapachem tytoniu i czując jego ciepło, dawałam się porwać taktom pięknych utworów. Czułam się wtedy wspaniale. Bezpieczna i kochana, niczego więcej nie było mi do szczęścia potrzeba. Do tej pory pamiętam ten zapach...

Niestety, moja radość nie trwała długo. Tatuś zmarł, kiedy jeszcze byłam dzieckiem. Mogłam się cieszyć jego obecnością zaledwie siedem lat. Ale to i tak wystarczyło, abym zapamiętała jego ruchy, mimikę twarzy i każde przyzwyczajenie. Był dla mnie ideałem. Idealny mężczyzna. Tak... Po dziś dzień uśmiecham się do swoich naiwnych myśli.

Przez pewien czas czułam do niego żal, że mnie opuścił. Nie mogłam mu wybaczyć, że nie będzie przy mnie w tych najtrudniejszych momentach, które miały nastać. Co prawda mama chciała przejąć jego rolę, ale z nią nie potrafiłam słuchać muzyki. Prawdę mówiąc, muzyka przestała wtedy dla mnie istnieć... I trwała tak w niebycie bardzo długo. Tak samo długo nie potrafiłam zaufać mężczyznom. Bałam się, że jeżeli się do któregoś przywiążę, on też mnie opuści.

Trwało to bardzo długo. Żyłam w zamkniętym świecie i nikogo nie chciałam do niego wpuścić. Matka nie wiedziała, co ze mną począć i postanowiła, że, kiedy ukończę 18 lat, wyśle mnie do ciotki, do Odessy. Tam miałam nauczyć się żyć na nowo. Miała mi w tym pomóc moja kuzynka. Pojechałam tam więc na dzień po 18 urodzinach.

Ukraina, kraj przepychu i dobrobytu. Tak przynajmniej miało być. Taką wiedzę wpajała mi mama. Tymczasem mnie nic w niej nie urzekło. Wszystko było takie samo jak w domu. Drzewa, ulice, domy.. Jak w każdym innym miejscu na ziemi. I co mnie miało przywrócić do życia? Nie wiem, a może tylko nie rozumiałam tego akurat wtedy. W każdym razie musiałam jakoś wytrzymać zmianę otoczenia i przypomnieć sobie cokolwiek z cotygodniowych lekcji rosyjskiego.

Już pierwszego dnia po przyjeździe kuzynka zabrała mnie na zwiedzanie. Myślałam, że jakoś się wykręcę, ale ona nie chciała słuchać żadnych wymówek. Męczyła mnie do tej pory, aż uległam. Ruszyłyśmy więc, jak zwykła mówić, podbijać świat. Zwiedzanie zawsze kojarzyło mi się z wizytami w muzeach, nudnymi wystawami i zabytkami. Ona jednak pojmowała to inaczej. Zabrała mnie w miejsca, o których istnieniu nawet nie śniłam.

Zaczęłyśmy od piwnic w domu jej koleżanki. Piwnice, zdawałoby się, nic ciekawego, a tu proszę. W pełni wyposażony klubik. Na jednej ze ścian regał wypchany romansami podprowadzonymi matkom. Na drugiej piękna draperia. Na środku stolik, wokół foteliki. W rogu samowar. Jednak jedna rzecz najbardziej przykuła moją uwagę. Adapter... Zupełnie taki sam, jaki stał w domu, kiedy tatuś jeszcze żył. Podeszłam do niego, ale bałam się go dotknąć. Kuzynka chyba wyczuła moje wahanie, bo wzięła mnie pod rękę i powiedziała, że tutaj jeszcze wrócimy, a na razie musimy się spieszyć, bo niedługo zamkną kawiarenkę.

Szłyśmy ulicami Odessy, a ja wciąż nie mogłam wyjść z szoku. Nie podejrzewałam nawet, że zwykły adapter może wywołać we mnie taką reakcję. Tak samo jak nie podejrzewałam, że tli się gdzieś we mnie ta mała iskierka, która kiedyś będzie potrafiła zapłonąć żywym ogniem i pobudzić mnie na nowo do życia. Kroki stawiałam machinalnie, pogrążona w myślach. Kuzynka czasami ciągnęła mnie za rękę, kiedy miałyśmy skręcić, albo szłam prosto na jakąś przeszkodę. Nic do mnie nie docierało, oprócz muzyki, ukrytej gdzieś w głębi mnie, próbującej wydostać się z najciemniejszych zakamarków serca.

Nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłyśmy na miejsce. Gdyby nie to, że kuzynka siłą mnie zatrzymała, pewnie poszłabym dalej. Otrząsnęłam się i rozejrzałam. Stałam na środku chodnika, gdzieś na obrzeżach miasta. Nie miałam pojęcia gdzie się znajduję. Tak naprawdę okolica nie była zbyt imponująca. Podobnie jak szyld kawiarenki. Co to znów za nazwa „Syreni głos”. Kompletnie do mnie nie przemawiała, ale cóż, pan każe, sługa musi. Weszłyśmy do środka...

Ludzie powiadają, że najważniejsze jest pierwsze wrażenie, ale inni twierdzą, że książki nie wolno oceniać po okładce. Ci drudzy mają rację. Kiedy weszłam do środka, od razu poczułam się jak w domu. Ta atmosfera... Prawie jakbym siedziała przed kominkiem. Tylko taty brakowało. Nawet zapach tytoniu był podobny. Rozejrzałam się. W oknach wisiały ciężkie zasłony, na wpół zasunięte, więc wewnątrz panował lekki półmrok. Główne pomieszczenie było urządzone z dobrym smakiem. Okrągłe stoliki z drzewa wiśniowego, do tego takież same krzesła obite bordowym atłasem, a wszystko ustawione pod ścianami. Na środku było dużo miejsca, zapewne miał to być parkiet przygotowany na dansingi. Na przeciw drzwi, w odległym końcu sali było podwyższenie. Kuzynka powiedziała mi, że to scena, na której wystąpi dziś niezwykły artysta. Na ścianach wisiały portrety i czarno-białe fotografie wielkich piosenkarzy. Nie mogłam wyjść z podziwu, ale czekało mnie jeszcze więcej atrakcji.

Kuzynka zaprowadziła mnie do małej salki, odchodzącej nieco od głównej. Nie było tam nic oprócz pianina, niedźwiedzich skór na podłodze i wielkiego kominka. Aha, zapomniałabym, tą salę można było zamknąć od środka, co było dla mnie nowością. Przecież w innych lokalach nie było można liczyć nawet na odrobinę podobnej prywatności. W tej sali zostawiłyśmy płaszczyki i torebki. Nie wiem skąd moja towarzyszka miała klucz, ale zamknęła drzwi i wróciłyśmy na salę główną.

Niby nic się nie zmieniło, może przybyło kilkoro ludzi, ale ja odczuwałam jakąś wyraźną zmianę. Dopiero po chwili zauważyłam, że zasłony były całkowicie zasłonięte. Jedyne oświetlenie dawały małe lampki naftowe na każdym stoliku i kilka wiszących. Mimo tego nie było ciemno Przy drzwiach siedział postawny mężczyzna. Nie wiem, dlaczego zwróciłam wtedy na niego uwagę. Kuzynka pociągnęła mnie za sobą i usiadłyśmy przy stoliku nieopodal sceny. Natychmiast podszedł do nas młody chłopak z małym samowarem i dwiema filiżankami na tacy. Pomyślałam sobie wtedy, że Annuszka, moja kuzyneczka, musi być dobrze znana w tym miejscu.

Popijałyśmy sobie w spokoju herbatę, rozmawiając o wszystkim, oprócz tych bolesnych tematów, kiedy rozbłysły światła skierowane na scenę. Stał tam teraz taboret. Zwykły, drewniany, beż żadnych ozdób, a jednak komponujący się z resztą otoczenia. Po chwili na scenę wkroczył mężczyzna z bałałajką. Grał pięknie, a ja poczułam, że powoli muzyka wymyka się we mnie z zamknięcia i zaczyna harcować w duszy i sercu. Bałam się tego i już chciałam wyjść, kiedy Annuszka złapała mnie za rękę i powiedziała: „Nie teraz. Jeszcze nie możesz wyjść...” Tych słów już nigdy nie zapomnę.

Usiadłam spowrotem. Nie bardzo wiedziałam, o co jej chodzi, ale pomyślałam, że nie ma sensu się z nią spierać, ani wybiegać stamtąd. Przecież i tak nie wiedziałam jak stąd trafić do domu. Byłam skazana na te dźwięki...

Bałałajka... Przypomniałam sobie, jak ojciec opowiadał mi kiedyś o swoim koledze z Odessy, który grał na bałałajce. Mówił wtedy z wielkim zachwytem, jakby wciąż słyszał te grane przed laty melodie. A ja słuchając jego słów wyobrażałam sobie, że jestem razem z nim w tych wszystkich miejscach, o których opowiadał. Pewnie dlatego te nuty mnie tak poruszyły, choć nigdy wcześniej nie słyszałam jak ktoś gra na tym instrumencie.

Siedziałyśmy więc wsłuchane w piękne melodie i piłyśmy herbatę. Już nie rozmawiałyśmy. Nawet nie wiem dlaczego. Pogrążyłam się we wspomnieniach i nie zwracałam uwagi na otoczenie. Nie wiem nawet, co robiła Annuszka. Jedyne, co wtedy widziałam to uśmiechnięta twarz taty i kominek. Nawet nie zauważyłam, że ustała muzyka, a mężczyzna zszedł ze sceny i zabrał ze sobą taboret.

Z odrętwienia wyrwał mnie dopiero ten zapach. Męska woda kolońska. Zdecydowany zapach, ale z nutą delikatności. Kiedy połączył się z zapachem tytoniu fajki palonej przez mężczyznę, siedzącego przy stoliku obok, oniemiałam. Mało tego, nie byłam w stanie się ruszyć. Siedziałam jak kołek i bałam się cokolwiek zrobić. Nie chciałam stracić tego zapachu. Zapachu taty. Dokładnie tego samego! Nie, nie dokładnie. Czułam, że jakaś nuta w tej cudownej kompozycji jest zmieniona. Ale nie przeszkadzało mi to. Wręcz fascynowało... Chciałam poznać tego, kto wtargnął tym zapachem w moje życie.

Zaczęłam się rozglądać, ale to nic nie dało. Przecież nie zobaczę, kto ubrany jest w tą woń. Zdałam się na węch. Wiem, mało romantyczne, ale w tym przypadku nie romantyzm się liczył, a pragnienie. Może nawet pożądanie... Ale nie w sensie fizycznym, lecz psychicznym. Musiałam wiedzieć, kim on jest, pragnęłam tego, pożądałam tej wiedzy. Niestety, nie mogłam odszukać właściciela tej wody kolońskiej. Miałam wtedy wrażenie, że to była tylko ulotna chwila, jakiś omam...

Kiedy już straciłam nadzieję na poznanie tego, kto śmiał obnosić się tak z zapachem mego ojca, poczułam nagłą falę gorąca. Zapach wody, z tą obcą nutą, uderzył we mnie ze zdwojoną siłą. Gdybym stała, na pewno zwaliłby mnie z nóg. Wdarł się do pomieszczenia z pewną dozą brutalności. Taki... Obcesowy, a jednak wciąż czułam w nim tę swoistą delikatność. Nie było wątpliwości, to była ta woda kolońska, a ta obca nuta, to pewnie zapach właściciela.

Tym razem nie miałam problemu z odnalezieniem źródła. Wystarczyło, że obróciłam twarz w stronę sceny. Stał tam. W pierwszej chwili nie zwróciłam na niego większej uwagi, interesowała mnie woń, którą wokół siebie roztaczał. Dopiero po chwili dostrzegłam jego urodę. Ciemne włosy, obcięte dość krótko, mocno zarysowana szczęka, piękny nos, usta ułożone niemalże jak do pocałunku i... Te oczy. Piękne, szarozielone oczy, skierowane wprost na nasz stolik...

Wydawał się nienaturalnie wysoki. A może to ja byłam przytłoczona tym spojrzeniem. Wpatrywał się intensywnie w nas stolik. Ani na chwilę nie odwrócił wzroku. A ja nie wiedziałam, co mam począć. Dopiero Annuszka wybawiła mnie z opresji. Pomachała do niego, a on... Uśmiechną się i odmachał. Ach, co to był za uśmiech. Taki szczery, zupełnie niewymuszony. "Pomachaj mu" - powiedziała kuzynka. I tak też zrobiłam. Odmachał i uśmiechnął się jeszcze szerzej. A potem odwrócił się w stronę reszty publiczności i zaczął występ.

Śpiewał, a głos miał nieskazitelnie czysty. Dopiero teraz zauważyłam, że towarzyszy mu kontrabasista i kilku skrzypków. Jego piosenka rozbudziła we mnie życie. To życie, które utraciłam wraz ze śmiercią ojca. Przypomniała mi, dlaczego zamknęłam się w sobie. Dlaczego? Bo opowiadała o samotności. O tym, że człowiek czuje się sam, kiedy coś odróżnia go od reszty. Ta melodia, ten głos, każde słowo, przywoływały obrazy, kiedy ludzie starali się być przy mnie, ale jednocześnie odsuwali mnie od siebie. Pozorny żal i pozorne współczucie. To dlatego obumarłam i dopiero ON mi to uświadomił...

Kiedy skończył śpiewać, miałam łzy w oczach. Wszyscy klaskali, a ja nie mogłam się ruszyć. Wtedy zaczął śpiewać następną piosenkę. A później jeszcze jedną. I każda coś we mnie budziła, każda coś mi przypominała, każda budziła we mnie wspomnienia. Słuchałam i nie mogłam uwierzyć, że on zna mnie tak dobrze. Nigdy się nie poznaliśmy, a on dokładnie wiedział, co czuję. Nie mogłam wyjść z podziwu. Musiałam to mieć wypisane na twarzy, bo Annuszka powiedziała, że będę miała okazję z nim porozmawiać o jego muzyce.

Wtedy dopiero dotarło do mnie gdzie jestem i co robię. Otworzyłam się przed sobą w miejscu publicznym i nic już mnie nie kryło przed wzrokiem innych ludzi. A najgorsze było to, że nic mnie też nie kryło przed JEGO wzrokiem. Spojrzałam na niego i zamarłam. Patrzył w moją stronę. Dokładnie w moje oczy. Nie wiedziałam jak długo się przyglądał, ale na pewno wystarczająco długo, aby zauważyć moją reakcję na jego śpiew.
Spróbowałam się uśmiechnąć. Nie wyszło. Spróbowałam jeszcze raz i tym razem udało mi się przywołać na twarzy delikatny uśmiech. Odwzajemnił go. Wtedy ukłonił się i zszedł ze sceny. Zabrał ze sobą ten zapach...
Na scenę weszła teraz kobieta, ale kuzynka pociągnęła mnie za rękę. Wstałyśmy i poprowadziła mnie spowrotem do pokoju z pianinem. Nasze rzeczy nadal leżały w nieładzie, tak, jak je zostawiłyśmy. Ale na stoliku, którego wcześniej nie zauważyłam stało wino i 3 kieliszki. Zdziwiłam się, bo byłyśmy tam tylko my dwie. Ale zaraz pomyślałam, że pewnie jakaś koleżanka Annuszki do nas dołączy.

W kominku, na drewnach, figlował ogień, dokładnie jak teraz. Usiadłyśmy na skórach i zaczęłyśmy rozmawiać. Annuszka potrafiła mnie rozbawić. Opowiadała dowcipy i anegdotki z własnego życia. Mnie o nic nie pytała. Może to i lepiej, pewnie znów zamknęłabym się w sobie. Śmiałyśmy się w najlepsze i nawet nie zauważyłam, że ktoś wszedł do salki. Dopiero po chwili poczułam, że w powietrzu znów unosi się zapach taty. Teraz bez nuty tytoniu, ale to był ten sam zapach, który czułam wcześniej.
Odwróciłam się i zobaczyłam, że On stoi w drzwiach. Uśmiechnięty jak gdyby nigdy nic. Pełen szczerej radości. Jego wzrok znów utkwiony był we mnie. A ja po raz kolejny tego wieczora zamarłam i nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić...

Annuszka podeszła do niego i przywitała się z nim, dając mu buziaka w policzek. Rozmawiali chwilę, nawet nie wiem, o czym. Potem podeszli do mnie. "To jest Izabela" - przedstawiła mnie kuzynka. Wyciągnęłam nieśmiało dłoń do powitania, on złapał ją delikatnie i pocałował. "Nazywam się Vitalij, miło mi Cię poznać". - jego głos był tak miękki, że otulał mnie jak puchowa kołdra. Chwilkę trwało zanim wykrztusiłam: "Ciebie także". Jeszcze chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, a on trzymał moją dłoń. Ręce miał tak samo miękkie jak głos. Od razu wiedziałam, że jest artystą.

Z tej konsternacji wyrwała nas Annuszka - Moje drogie gołąbeczki, ładnie patrzycie sobie w oczka, ale Vitas, miałeś nam chyba zaśpiewać i zagrać na pianinie, czy tak?
- Oczywiście. Już się robi szefowo. - Uśmiechnął się do mnie, a był to piękny uśmiech, który, mimo woli, musiałam odwzajemnić. Usiadł do pianina, otworzył je i położył dłonie na klawiszach. Robił to powoli, z namaszczeniem, jakby w tym momencie nie liczyło się nic innego, tylko ten mały rytuał.

Zaczął grać. Piękną melodię, której wtórował jego głos. Nie było słów, ale wystarczył ten anielski głos. Tym razem wsłuchałam się w rzeczywistość, a nie własne marzenia i przemyślenia. I cały czas patrzyłam na niego. Był tak pochłonięty tym, co robił, że na niczym nie skupiał wzroku. Jego oczy patrzyły gdzieś daleko, nie na coś konkretnego, ale przez wszystko. Jakby chciał dojrzeć coś gdzieś w oddali, coś, co ukryte było na murami.

Byłam pod wielkim wrażeniem jego głosu. Wcześniej nie dotarło do mnie, jak jest silny i zróżnicowany. Vitas był w stanie wyciągnąć dźwięki, o których istnieniu tylko się uczyłam na lekcjach muzyki. Ale robił to pięknie. Kiedy skończył, kuzynka zaczęła klaskać, ja zrobiłam to samo, choć wiedziałam, że to marna nagroda za taki występ. Podszedł do nas i usiadł między mną a Annuszką. Ona natomiast już przygotowała dla nas kieliszki z winem. Zapytałam go, co nam zaśpiewał, powiedział, że "Poswjaszczienije". Nie wiedziałam jak mu wyznać, że dzięki temu utworowi ukołysał moje serce, że dzięki niemu już nie boję się patrzeć mu w oczy.

Siedzieliśmy tak przed kominkiem i rozmawialiśmy. Moja kuzynka tym razem bardzo rzadko wtrącała się do rozmowy. Głównie przysłuchiwała się naszym słowom, z szerokim uśmiechem na twarzy. Miałam wrażenie, że ten uśmiech jest pełen dumy. Nie zwracaliśmy uwagi na otoczenie. Nawet nie wiem, kiedy dotarło do mnie, że zegar właśnie wybija północ.

Spojrzałam na Vitasa i na Annuszkę, chyba zrozumieli. Kuzynka wstała i powiedziała: "Vitaliku, bardzo dziękujemy Ci za występ i miłe towarzystwo, ale niestety musimy już wracać do domu. Rodzice pewnie już się martwią." Przez jego twarz przemknął mały grymas. O ile dobrze zauważyłam, na chwile zagościł na niej smutek. Ale zaraz został ukryty pod tym pięknym uśmiechem. "Dobrze, nie będę was zatrzymywał" - powiedział, - "Ale, czy mogę was odprowadzić?". Patrzył cały czas na mnie. Spojrzałam na Annuszkę, a ona skinęła lekko głową. "Jeśli nie sprawi Ci to kłopotu..." - powiedziałam.

Szliśmy ponurymi uliczkami przedmieścia. Latarnie dawały marne światło, ale on był przy mnie, więc czułam się bezpiecznie. Cały czas rozmawialiśmy. Tym razem nawet moja kuzynka udzielała się podczas rozmowy. Na jej twarzy cały czas gościł uśmiech. Wpatrywała się w Vitasa jakby był bogiem. Prawdę powiedziawszy, ja też tak na niego patrzyłam. Ale byłam w o tyle lepszej sytuacji, że to na mnie skupił swoją uwagę. Annuszce wyraźnie to nie odpowiadało, ale nie okazywała tego zbytnio. Po prostu cały czas próbowała wybić się w rozmowie.

Od bardzo dawna nie czułam się tak dobrze. Pomijając fakt, że znów nie zapamiętałam drogi, czułam się świetnie. Vitas na pożegnanie pocałował mnie w policzek. Wiem, że powinnam była oburzyć się, jednak jego wargi były tak miękkie, a pocałunek tak ciepły i serdeczny, że nie potrafiłam. Stałam tylko przed domem, zarumieniona i tonęłam w tym cudownym spojrzeniu. Mogłabym tam spędzić wieczność. Tylko patrząc w jego oczy. Niestety, nie mogłam. Musiałam wracać do domu. Kuzynka się niecierpliwiła.
- Do widzenia.- Zdołałam wyszeptać.
- Do widzenia. Mam nadzieję Cię jeszcze zobaczyć...- Jego głos był taki... Nie wiem jak to określić. Była w nim nuta pragnienia, dopełniona nadzieją i marzeniami. I jeszcze tym ciepłem, serdecznością... Aż ugięły się pode mną kolana.
- Ja też...- powiedziałam, szybko pocałowałam go w policzek i weszłam do domu, ciągnięta przez Annuszkę.

Zaraz po zamknięciu drzwi podeszłam do okna, aby jeszcze, choć chwilę, na niego popatrzeć. Stał pod drzwiami, wyraźnie nie mogąc się otrząsnąć z szoku. Ja też byłam jeszcze pod wpływem tamtej chwili. Mimo iż trwała zaledwie ułamek sekundy, zapamiętałam dotyk skóry jego twarzy. Była tak samo miękka, jak jego głos. I tak samo delikatna, jak jego pocałunek... Patrzyłam na niego i nie mogłam się nadziwić, dlaczego tak na mnie zadziałał.

Kiedy odwrócił się i ruszył w swoją stronę, odprowadzałam go wzrokiem dopóty, dopóki nie zniknął mi z oczu, rozmyty w podnoszącej się mgle. Dopiero wtedy odeszłam od okna. Byłam sama w pokoju. Co dziwne, w domu nie paliło się żadne światło. Nikt na nas nie czekał. Kuzynka poszła już do sypialni. Poszłam więc jej śladem. Wolałam nie kusić losu.

Położyłam się do łóżka, zamknęłam oczy i... Sen nie nadchodził. Mój umysł pracował zbyt intensywnie. Czy to możliwe, żebym pokochała kogoś po tak krótkim czasie? A może to był tylko sen? Może on był wyłącznie wytworem mojej wyobraźni? Nie wiedziałam, co mam myśleć. Cała ta sytuacja mnie przerastała. On, urodziwy młodzieniec, o syrenim głosie i ja, odludek, zamknięty w sobie i pozbawiony serca. Nie, niepozbawiony, on mi je przywrócił. Pobudził mnie na nowo do życia, może przez to wydawało mi się, że go pokochałam... W mojej głowie kołatały się wtedy najróżniejsze myśli. Długo nie mogłam zasnąć, lecz w końcu się uspokoiłam i zmorzył mnie sen... "

-Widzę, że i wam oczy się zamykają. Która to godzina? O mój Boże. Wasi rodzice mnie zabiją. Północ! Marsz do łóżek! - Kobieta powiedziała nie do końca rozkazującym tonem.
- Ależ babciu, nie skończyłaś jeszcze opowiadać! - skarżyły się wnuczki
- To nic, dokończymy jutro. Już późno, musicie iść spać. A opowieść nie ucieknie. - zakończyła rozmowę staruszka. Dzieci niechętnie poszły do łazienki, żeby się umyć. A potem powędrowały do łóżek, wciąż mamrocząc pod nosem. Zasnęły szybko, w przeciwieństwie do Izabeli nie miały problemów ze snem.
Kobieta tymczasem wyłączyła muzykę. Płytę schowała do opakowania i odłożyła na miejsce. Nigdy nie lubiła przerywać opowiadania, ale dzisiaj musiała. Zbyt dużo wspomnień powróciło. Zbyt wiele myśli zaczęło ją męczyć. Nie wiedziała, czy będzie dała radę dalej opowiadać, więc wolała zaczekać do jutra.

Cały następny dzień rozmyślała nad tym, jak podjąć urwany wątek. Nie chciała mówić wnukom zbyt wiele. Niektóre sprawy chciała przemilczeć, ale bała się, że wtedy zorientują się, że coś jest nie tak. Nigdy przecież nie opuszczała żadnych fragmentów. Nie mogła ustać w miejscu. Siedziała jak na szpilkach. Natłok myśli ją wyniszczał. Próbowała to zwalczyć zabawą z wnukami. Ciepłymi rozmowami z córką. Nawet dla zięcia była miła. Nic. Nie mogła pozbyć się natrętnych wspomnień. Postanowiła więc przygotować się psychicznie na wieczór.

Kiedy przyszedł czas na opowieść, włączyła muzykę. Tym razem Czajkowskiego. Zaczęła od uwertury z 1812. Rozpaliła też w kominku. Drzewo sosnowe wydawało z siebie cudowny zapach w ostatnich chwilach istnienia. Tak, jakby chciało zostawić na świecie pamiątkę w postaci niepowtarzalnej woni. Usiadła w bujanym fotelu i zamknęła oczy. Wsłuchała się w muzykę i czekała na dzieci.

Przyszły po krótkiej chwili. Kiedy tylko usłyszały pierwsze takty muzyki, wiedziały, że babcia czeka. Zaczęły więc szybko zbierać zabawki, wiedziały bowiem, że jeżeli tego nie zrobią, nie usłyszą opowieści. W pośpiechu zbiegły do salonu, gdzie czekały na nie, rozłożone wokół fotela, poduchy.
- Po co te poduśki, babciu? - zapytała najmłodsza wnuczka.
- Żeby wam było wygodnie. Dzisiaj skończę opowieść, ale wie wiem jak długo będzie trwała. Pierwszy raz opowiem wam dalszą część z najdrobniejszymi szczegółami... - powiedziała i, upewniwszy się, że dzieci wygodnie siedzą, zaczęła snuć opowieść.

Rano, kiedy wstałam, na moim łóżku siedziała Annuszka. Nic nie mówiła, tylko wpatrywała się we mnie. Jej wzrok nie wyrażał żadnych uczuć. Czułam, że nawet nie jest skierowany we mnie. Przechodził przeze mnie. Najwyraźniej nad czymś się zastanawiała.
- O czym myślisz? - zapytałam. Otrząsnęła się z transu i słodkim głosem odpowiedziała - Nad niczym. Przyszłam, żeby sprawdzić, czy jeszcze śpisz. - Teraz już nie śpię - powiedziałam. -Tak, widzę, obudziłam Cię? - Nie, właściwie, nie wiem, dlaczego się obudziłam, ale na pewno nie przez Ciebie. - Dobrze, chodźmy więc na śniadanie. Nastka zrobiła omlet.

Nałożyłam szlafrok i zeszłyśmy do kuchni. Naścia przygotowała wszystko. Stół był nakryty dla dwóch osób, wujostwo najwyraźniej jadło wcześniej. Usiadłyśmy. Nalałam sobie kawy z mlekiem i czekałam, aż kucharka przyniesie śniadanie. Annuszka wyglądała dziwnie. Siedziała na przeciwko mnie i miała niemrawą minę, zupełnie jakby chciała mi coś powiedzieć, ale nie mogła się na to zdobyć. Już chciałam ją o to spytać, ale weszła Nastka, niosąc omlet. Uwielbiałam jej omlet, mogłam go jeść o każdej porze dnia i nocy. Był ubity ze świeżych jaj, z owocami w środku. Niebo w ustach. Tym razem był z truskawkami, do tego Nastka ubiła świeżą śmietankę... - Ten omlet był taki siam, jak ten, któly nam dzisiaj na śniadanie zlobiłaś? - przerwała najmłodsza. - Nie, tamten był lepszy, ja nie umiem robić takiego... - A ja i tak uwazam, ze twój omlet jest najlepsy - obruszyła się dziewczynka. - Dziękuję skarbie. - powiedziała kobieta, pocałowała wnuczkę i wróciła d przerwanej opowieści.

Jadłyśmy w najlepsze, kiedy zadzwonił dzwonek u drzwi. Annuszka chciała pobiec i otworzyć drzwi, ale Naścia jej nie pozwoliła. Nigdy nie pozwalała nam odchodzić od stołu w czasie jedzenia. Sama poszła otworzyć. A my siedziałyśmy jak na szpilkach, zżerane przez ciekawość. Kto mógł przyjść tak wcześnie rano? Spojrzałam na zegarek. Była 9.05, a to stanowczo za wcześnie na jakiekolwiek wizyty. Kucharka wróciła po dłuższej chwili. - To do panienki Izabeli. Powiedziałam, że panienka je i nie może wyjść, ale upierał się, że tylko pani może to oddać. - powiedziała i odeszła wzruszając ramionami.

Pobiegłam do drzwi. Serce kołatało mi w piersi. Nie miałam tu jeszcze żadnych znajomych... No, dobrze, jednego, ale to nie mógł być on. Stanęłam przed drzwiami, zapinając szlafrok pod szyją tak, aby nie było widać mojej koszuli nocnej. Przeczesałam palcami włosy i byłam gotowa.
Otworzyłam i zaniemówiłam. To był Vitalij. Ubrany w czarny wełniany sweter. W jeansach i czarnych mokasynach. Ale to mnie nie zdziwiło tak bardzo, jak wielki bukiet krwistoczerwonych róż. Uśmiechał się zza niego. Wyglądał olśniewająco, jak ósmy cud świata. - Witaj - powiedziałam - Witaj, nie mogłem dłużej czekać, musiałem przyjść. A kiedy zobaczyłem te róże, od razu pomyślałem o tobie. Nie są tak piękne jak ty, ale nie sprzedają jeszcze twoich podobizn w kwiaciarniach.- zażartował. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. - Wejdziesz? Właśnie jemy śniadanie. - Niestety, nie mogę, muszę iść do pracy. Co robisz wieczorem? - Nie wiem, to zależy od Annuszki. - Ach.. No tak. Przepraszam. W każdym razie, może się jeszcze dziś spotkamy, a teraz muszę lecieć. Pa - powiedział. Już chciałam odpowiedzieć, ale w tym momencie niemal wcisnął mi w ręce kwiaty, ujął moją brodę w dłoń, obrócił w swoją stronę i pocałował. A potem uciekł. Widziałam tylko jak biegnie wzdłuż ulicy i znika za rogiem.

Pocałunek trwał najwyżej kilka sekund, ale ślad po nim był trwały. Stałam tam, nie mogąc wyjść z podziwu. Odważny chłopak. Jego usta były takie miękkie, a pocałunek delikatny... Poczułam się, jakby ktoś położył mi na ustach pióro i ono nadal tam leżało, mimo tego, że powiał wiatr. Ten pocałunek zostawił niedosyt, chciałam za nim pobiec, ale byłam tylko w kapciach i szlafroku narzuconym na zwiewną koszulkę nocną. Nie pozostało mi nic innego niż wrócić do domu. Spojrzałam jeszcze raz na ulicę, którą uciekł Vitas. Nie było po nim śladu. A ja zostałam przed domem sama, z naręczem kwiatów... W ogóle cudem było to, że ich nie upuściłam.

Weszłam do domu. Dopiero teraz odczułam jak chłodno było na zewnątrz. Poszłam do kuchni, żeby Naścia dała mi jakiś wazon na kwiaty.
- Ależ panienko, na ten bukiet to tylko wiadro, w nic innego się nie zmieści. - powiedziała kucharka. No tak, oczywiście, cudowne, przepięknie pachnące róże i wiadro, boska wręcz kompozycja.
- Babciu, a ile było tych kwiatów? - zapytał wnuczek.
- Nie pamiętam dokładnie. Ale chyba 30. Musiał wziąć wszystkie, jakie były wtedy w kwiaciarni. - odpowiedziała kobieta, po czym wróciła do opowiadania.

Zabrałam róże do swojego pokoju. Postawiłam je na stoliku pod oknem, tak, aby były dobrze oświetlone przez słońce. Powąchałam je jeszcze raz i już chciałam wyjść, kiedy zauważyłam małą karteczkę wciśniętą między kwiaty. Wyjęłam ją. To był liścik. "Nawet krótka rozłąka sprawia, że serce kocha bardziej." - głosiły równe, pełne litery. Piękne słowa. I chociaż napisane, a nie wypowiedziane, oddały wszystkie uczucia, jakie do mnie żywił. I jakie ja żywiłam do niego.

Usiadłam na łóżku i patrzyłam w okno. Przypomniałam sobie moment, kiedy skradł mi pocałunek. Był wtedy taki stanowczy, a jednak ręka mu drgała. Denerwował się. Więc jednak nie był zjawą, ani aniołem. Był człowiekiem i każde uczucie było mu tak samo znane, jak mi. Chociaż, ja jeszcze nigdy nie przeżywałam niczego takiego, jak teraz. Znów poczułam to piórko na ustach i znów poczułam ten zapach. Wiedziałam, że to tylko wspomnienie, ale nie mogłam się oprzeć, by spojrzeć na drzwi. Chciałam, żeby w nich stanął i...

- Dlaczego przerywasz? - zapytała starsza wnuczka.
- Bo nie wiem, czy mogę o tym mówić. To troszkę... osobiste. - zająknęła się staruszka.
- Mów babciu, my już o tych sprawach wiemy. - odparł wnuk.
- Nie, lepiej nie. Jestem w końcu waszą babcią, pewnych rzeczy nie mogę wam mówić... - w tym momencie spojrzała na najmłodszą dziewczynkę. Malutka spała, ułożywszy główkę na poduszce.
-Zaczekajcie, położę Laurę spać. Zaraz do was wrócę. - kobieta skorzystała z okazji na chwilę samotności. Dzieci zaczęły coś mruczeć pod nosem, ale pogodziły się z tym, że mała nie może spać na podłodze.

Kiedy niosła wnuczkę na górę, aby położyć ją do łóżeczka. Przypominała sobie, czego tak naprawdę chciała wtedy, w pokoju. Chciała, żeby Vitalik stanął wtedy w drzwiach, żeby jego zapach wypełnił całe pomieszczenie. Pragnęła, żeby podszedł do niej, przyciągnął ją do siebie i pocałował. Ale już nie tak delikatnie. Nie chciała, żeby musnął tylko jej wargi, chciała gorącego i namiętnego pocałunku. Całym ciałem pragnęła, żeby był wtedy przy niej. Żeby zdjął z niej koszulkę nocną i przeniósł na łóżko. Pożądała dotyku jego nagiego ciała. Jedyne, o czym wtedy marzyła, to oddanie się namiętności, dzikiej namiętności...

Wróciła przed kominek. Zajęła swe miejsce.
- Na czym to ja skończyłam? - zapytała.
- Że chciałaś żeby stanął wtedy w drzwiach...- poinformowała ją wnuczka.
- Ach, tak, racja. Przejdźmy więc dalej. - zmieszała się kobieta.

Wróciłam na dół. Usiadłam przy stole i spojrzałam na mój omlet. Nie dałam rady więcej jeść, więc dopiłam tylko moją kawę. Annuszka wpatrywała się we mnie natarczywie.
- Coś się stało? - zapytałam.
- To ty mi powiedz. Masz rumieńce na twarzy. Kto to był?
- Vitas, chciał wiedzieć, co dzisiaj robimy.
- Aha. A ta rzecz, którą przyniósł?
- Nic takiego. Tylko bukiet kwiatów.
- Duży musiał być, skoro Nastka szukała na niego wiadra...- nic nie odpowiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? "Faktycznie, nawet nie zauważyłam", a może "Nie, skądże, ledwie 30 róż". Wolałam zmienić temat.
- Gdzie dziś idziemy? - spytałam.
- Jeszcze nie wiem. Myślałam o kilku miejscach. Może odwiedzimy je wszystkie. - odpowiedziała kuzynka.

Dochodziło południe, kiedy byłyśmy gotowe do wyjścia. Wzięłyśmy parasolki, nie bardzo wiem po co, ale to było wtedy modne, i wyszłyśmy z domu. Poszłyśmy na główny plac Odessy. Było tam bardzo dużo ludzi, większość skupiała się wokół kramów z pamiątkami. Ale sporo okrążyło ulicznego grajka, który podśpiewywał w takt skocznej melodii, wygrywanej na akordeonie. Podeszłam, żeby zobaczyć twarz owego grajka. Ledwo udało mi się przecisnąć przez tłum słuchaczy, ale w końcu stanęłam z przodu. To był chłopak. Brunet, o czarnych oczach. Średniego wzrostu. Miał ciemną karnację i był bardzo przystojny. Nie w ten delikatny sposób jak Vitas, ale podobał mi się. Poza tym, ślicznie śpiewał. Nie wyciągał wysokich tonów, ale nie było mu to potrzebne, grał piosenkę biesiadną. Przed nim, w kapeluszu leżało trochę drobnych. Wrzuciłam coś od siebie. A on spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Zatrzymał na mnie wzrok na dłuższą chwilę. Cały czas się uśmiechał.

Odwzajemniłam uśmiech i wtedy poczułam, że ktoś ciągnie mnie za rękę. Odwróciłam się i zobaczyłam Annuszkę.
- Chodź, muszę Ci coś pokazać! - była strasznie podekscytowana. Ruszyłam za nią. Obejrzałam się jeszcze na grajka, cały czas patrzył na mnie, ale tym razem przestał się uśmiechać.
- Gdzie mnie ciągniesz? - próbowałam się czegoś dowiedzieć.
- Nie marudź, chodź! Zaraz zobaczysz! - krzyczała kuzynka. Niemal biegłyśmy. Po chwili zrozumiałam gdzie mnie ciągnie. Przed nami, w drugiej części placu widać było wóz cygański. Przed nim zebrała się grupa ludzi. Annuszka pędziła na łeb, na szyję, nie przeszkadzała jej w tym sukienka. Kiedy byłyśmy blisko wozu zaczęłyśmy zwalniać, myślałam, że staniemy i będziemy oglądać sztuczki starego Cygana i jego psa, ale kuzynka tylko rzuciła okiem w stronę wozu i ruszyła dalej biegiem. Ledwo za nią nadążałam. Już nawet nie parzyłam gdzie biegniemy. W końcu się zatrzymała. Stałyśmy przed teatrem.
- I co teraz? - zapytałam.
- Jak to co? Wchodzimy! - powiedziała i na dowód własnej stanowczości pociągnęła mnie w kierunku wejścia. Dopiero teraz pokazała mi dwa bilety na spektakl, który miał się zacząć za 10 minut.

Poszłyśmy szybko do toalety, żeby załatwić potrzebę i poprawić makijaż. Następnie ruszyłyśmy na główną salę, aby zająć miejsca. Zaraz po tym jak usiadłyśmy, zgasły światła i podniosła się kurtyna. Na scenie stała kobieta, wystylizowana na XVI-wieczną szlachciankę. Rozpoczęła monolog, w trakcie którego na scenę wszedł mężczyzna. Od razu poczułam ten zapach. Mężczyzna stanął przodem do widowni. Bez chwili wahania mogłam powiedzieć, kto chowa się pod pobielaną peruką i warstwą makijażu. Bo był Vitalij....

Przez całe przedstawienie nie spuszczałam z niego oczu. Grał wspaniale. Okazał się nie tylko niezwykle uzdolnionym śpiewakiem, ale także aktorem. Zastanawiałam się, czym jeszcze mnie zaskoczy. W duchu śmiałam się na myśl, że może być jeszcze projektantem mody. Ale to było mało prawdopodobne, przynajmniej wtedy. Starałam się więc patrzeć na scenę i nie wyobrażać sobie Bóg wie czego. Chociaż było bardzo ciężko, bo Vitas bosko wyglądał w obcisłych rajtuzach i jace do kolana, z rozszerzonymi rękawami. Był taki... Dostojny.

Po spektaklu Annuszka pociągnęła mnie za kulisy. Nie miałyśmy problemów z dotarciem do garderoby aktorów. Tutaj też sięgały wpływy mojej zaradnej kuzynki. Wpadłyśmy jak burza do pokoju, który zajmował Vitalik. Akurat pozbywał się peruki. Uśmiechnął się na nasz widok, a może na mój. Nie wiem do tej pory. Spojrzał na nas z lustra i odwrócił się. Śmiesznie wyglądał z siateczką na włosach i do połowy białą twarzą. Nie mogłam wytrzymać i wybuchłam śmiechem. Spojrzał na mnie z ukosa, odwrócił się do lustra i też zaczął się śmiać. Po chwili jednak uspokoił się i spojrzał na mnie z tęsknotą.

Nie wspominałam o porannym wydarzeniu. Nie chciałam, żeby Annuszka się czegoś domyśliła. Ona chyba jednak coś podejrzewała, bo spojrzała na mnie, a później na niego i powiedziała, że musi przywitać się z Wierą i wyszła. Zostaliśmy sami. Wtedy Vitalij wstał, podszedł do mnie i objął mnie w pół. Patrzył mi głęboko w oczy. Już myślałam, że mnie pocałuje, ale nie. On wciąż patrzył. Jakby chciał zapamiętać każdy najdrobniejszy szczegół mojej twarzy.

Pochyliłam się lekko w jego stronę, chciałam dać mu do zrozumienia na co czekam. Sama bałam się zrobić kolejny krok. Spojrzałam na niego i wiedziałam, czego chcę. Chciałam tego całą duszą, całym sercem i ciałem, aby mnie pocałował. Ale on tego nie zrobił. Przytulił mnie tylko mocno. Poczułam jego ciało. Ten zapach. Czułam się jak w narkotycznym transie. Przytuliłam się do niego mocniej. Chciałam, żeby nasze dwa ciała stały się jednym. Gdybym mogła, pozostałabym tak wtulona w jego ramiona aż po kres wieczności. Ale nie mogłam. Wiedziałam, że za chwilę będę musiała go zostawić.

Położyłam twarz na jego piersi. Był ode mnie dużo wyższy. On położył głowę na mojej. Staliśmy tak tylko chwilę, ale mnie się wydawało, że ten uścisk trwał godziny. Chciałam mu zaśpiewać: "Ja tiebja ukradu, ja z taboj priepadu.." Lecz w tej samej chwili on zaczął to nucić. Spojrzałam w górę. Podniósł głowę i popatrzył na mnie. Nie wytrzymałam. Pocałowałam go. Nie skradłam mu całusa, lecz pocałowałam. Głęboko i namiętnie. Odwzajemnił mój pocałunek. Znów był delikatny, ale oprócz tego stanowczy. Nie czułam, żeby był czymś wystraszony. Wręcz przeciwnie. Dopiero teraz napięcie go opuściło. Rozluźnił się i przyciągnął mnie do siebie jeszcze bardziej, jakby chciał mnie wchłonąć i już na zawsze mieć mnie zawsze przy sobie, w sobie. Jego ręce nie leżały już grzecznie na moich plecach. Wędrowały...
I tu przerwała. Spojrzała na wnuki.
- Co się stało babciu? Dlaczego przerwałaś? Laura śpi, możesz mówić dalej. - powiedziała wnuczka.
- Nie, nie mogę mówić, wasi rodzice by mnie za to zabili. - odpowiedziała z nikłym uśmiechem.
- Ale my im nic nie powiemy, przyrzekamy! - wtrącił się chłopak.
- Niestety, nie mogę. Najlepiej by było, gdybyście położyli się spać.
- O nie, dzisiaj miałaś skończyć! - obruszył się wnuczek.
- Taaak, właśnie skończyłam. - powiedziała. "Na dziś", dodała w myślach.
- To nie fer. - rzuciło zgodnie rodzeństwo.
- Nikt nie mówił, że życie będzie łatwe i sprawiedliwe - powiedziała kobieta, wyłączając Czajkowskiego. - Maszerujcie na górę.

Dzieci ruszyły do łazienki, a ona usiadła w fotelu z lampką wina w ręce i zaczęła wspominać. Te chwile, spędzone przed laty w garderobie odeskiego teatru. Przyspieszone oddechy. Zapach pożądania unoszący się w powietrzu. Chwilę opamiętania i zamykanie drzwi na klucz. "Żeby nikt nam nie przeszkodził" - powiedział wtedy, tym cudownym głosem, pełnym tęsknoty i żądzy jednocześnie. Nie mogli się powstrzymać. Rozbierali się szybko, wciąż patrząc sobie w oczy i całując się namiętnie. To był jej pierwszy raz, ale nie żałowała. Wiedziała, że nie mogła czekać ani chwili dłużej. Inaczej by umarła. A on był boski. Wciąż spoglądał jej w oczy, szukając przyzwolenia. Czekając na moment, kiedy powie dość. Chyba czekał na to, że powie mu: "Nie mogę, nie dzisiaj, jeszcze za wcześnie." Ale ona nie potrafiła. Zbyt bardzo tego chciała. Wiedziała, że nie zrobi jej krzywdy, że będzie delikatny, jak zawsze...

Na dzisiaj wystarczyło wspomnień. Wiedziała, że zawiodła dzieciaki, ale wolała troszkę powspominać. To przecież nie jest grzech. Chwila dla siebie. Spojrzała na kominek. Drwa dogasały. Zamknęła szklaną klapkę, żeby żar nie spadł przypadkiem na podłogę. Wyjrzała jeszcze przez okno na okryty mgłą ogród i stawik. Księżyc był w pełni, noc była więc jasna. Oparła się o parapet i starała się przypomnieć sobie wyraz jego twarzy, kiedy, tuż po stosunku, wyznała mu miłość.

Pamiętała, że patrzył na nią rozszerzonymi ze szczęścia oczyma. Jak dziecko, którego najskrytsze marzenie właśnie się spełniło. W jego źrenicach tańczyły wesołe ogniki, takie same, jakie zauważył u niej ojciec, kiedy słuchała z nim muzyki. Uśmiechnięte usta ukazywały szereg równych zębów. Zmierzwione włosy przydawały mu chłopięcego wyrazu. I te resztki makijażu na twarzy. Wyglądał jak mały chłopczyk, który właśnie dostał od rodziców swój pierwszy rowerek. Biła od niego bezgraniczna radość. Jak od kogoś, kto... Kiedyś utracił miłość i właśnie ją odzyskał. A ona dopiero teraz zrozumiała, że musiała wyglądać w podobny sposób. Dotarło do niej, że właśnie dlatego przyciągali się wzajemnie z taką ogromną siłą... Otrząsnęła się z myśli, spojrzała na zegarek. Dochodziła północ. Poszła do sypialni.

Położyła się do łóżka. Zasnęła niemalże od razu, jak zwykle z resztą. Po raz pierwszy od kilku lat śniła. A sen był piękny. Śniło jej się, że idzie ulicą jakiegoś pięknego miasta. Nie była w stanie określić, co to za miejsce, ale zapierało jej dech w piersiach. Domy nie wyglądały jakoś szczególnie. Wręcz przeciwnie, ziały pospolitością, ale ta pospolitość dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Fasady z czerwonej cegły, z delikatnymi zdobieniami. Skrzynki z kwiatami przy każdym oknie. Okiennice z dębowego drewna. To wszystko wydawało jej się takie... Swojskie.

Szła ulicą wybrukowaną ciosanymi kamieniami. Otoczona była zielenią drzew. W powietrzu czuła woń morza.. Słońce już zachodziło, rzucając złocistą poświatę za całe to miejsce. Nie wiedziała, dokąd dokładnie zmierza. Wiedziała tylko, że musi iść dalej, w stronę widocznej już z daleka wody. Rozglądała się z ciekawością dokoła. Zastanawiał ją fakt, dlaczego przy tak pięknym zachodzie słońca na ulicach nie ma nikogo. Dlaczego nie słychać gwaru miejskiego, zabaw dzieci, ani rozmów staruszków. Jedyne, co było słychać, to głosy śpiewających ptaków i szum coraz mniej odległego morza.

Dotarła do skraju zabudowań i zobaczyła, że rozciąga się przed nią bezkres wody, tak błękitnej, jak niebo w gorące dni. Woda ta oddzielona była od lądu małą ozdobną balustradą. Tuż przed nią stało kilka samotnych ławeczek. Podeszła do jednej i usiadła. Patrzyła jak słońce topi się w błękitnej wodzie, nadając jej barwę ciemnego złota, kiedy obok niej ktoś usiadł.

Odwróciła się powoli, by spojrzeć na towarzysza. Mimo woli się uśmiechnęła. Obok niej siedział Vitalik. Młody, piękny. Wiatr rozwiewał jego włosy. Wyglądał jak tamtego popołudnia, w garderobie. Spojrzał na nią, uśmiechnął się promieniście i ujął jej rękę. Cudnie wyglądał w świetle zachodzącego słońca. Jego oczy były teraz nieskazitelnie zielone. Ale czegoś mi w nich brakowało. Tych ogników...

Już chciała zapytać, co się stało, ale nagle na jego twarz padł cień. Spojrzała w górę i zobaczyła, że krąży nad nimi wielki ptak, który przez cały czas obniżał swój lot. W końcu usiadł na oparciu ławki. Był niebieski i piękny. Zaczął śpiewać. Znów wpatrzyła się w oczy ukochanego i zobaczyła, że jego spojrzenie się rozjaśniło. Wróciły te piękne ogniki, które tak dobrze pamiętała. Pochyliła się, aby go pocałować, ale w tym momencie ptak przerwał i wzbił się w powietrze, przelatując między parą kochanków.

Obudziła się...

_________________
Сложно реально, Давай виртуально, Интернеты...
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora MSN Messenger Nazwa Skype

Wysłany: Pią Maj 30, 2008 23:31
Reklama





 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  
  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

POLSKIE FORUM FANÓW VITASA  

To forum działa w systemie phorum.pl
Masz pomysł na forum? Załóż forum za darmo!
Forum narusza regulamin? Powiadom nas o tym!
    Powered by Active24, phpBB © phpBB Group. Designed for Trushkin.net | Themes Database